środa, 7 września 2011

Pięknie jest rodzić! - akcja W Domowym Zaciszu

Autor: Agula z Trzy po trzy o 11:41
Zastanawiałam się czy opisywać tu mój poród - w końcu to najbardziej osobiste przeżycie w życiu każdej kobiety. Chciałabym jednak choć w jakiś sposób uwiecznić tę [META]fizyczną chwilę, póki jest jeszcze świeża. A także pokazać dobry obraz przede wszystkim oczekującym na poród mamusiom. I chyba mogę nazwać się szczęściarą - moje wydanie na świat Amelki przebiegło lepiej niż tego się spodziewałam (co oczywiście nie oznacza, że bezboleśnie).

Zaczęło się we wtorek o 23 skurczami co 6 minut. Chwilę wcześniej obejrzeliśmy film (btw, jeden z gorszych jakie kiedykolwiek w życiu widziałam!) i położyliśmy się, ale o spaniu nie było mowy...Skurcze pojawiały się coraz częściej, ale były niesamowite - na moment kulminacyjny wyłączałam się i skupiałam, a w przerwach odzyskiwałam energię, czułam euforię, śmiałam się, rozmawiałam - totalnie dwa skrajne światy. Dopiero końcówka dała mi w kość, wtedy gdy jeden skurcz się kończył, a drugi prawie od razu po nim zaczynał i właściwie czasu nie było na odpoczynek. Ale wszystko to było do przeżycia i zniesienia. Te 10 godzin minęło nie wiadomo kiedy. Mnie zdecydowanie pomogło kilka aspektów.

Zdecydowanie atmosfera. Na przekór traumatycznym historiom, zdecydowaliśmy się na poród domowy - w naszym mieszkaniu razem z dwiema położnymi. A więc były świece, była chill-out-owa muzyka, taniec brzucha, piłka, basen, zmiany pozycji i miejsc. Nie było kręcących się niepotrzebnie ludzi, sprzętów medycznych, szpitalnej atmosfery, żadnych znieczuleń. Bezpiecznie, spokojnie, kameralnie. Tak jak chciałam.

Przede wszystkim miałam ogromne wsparcie mojego męża. Dzięki niemu zażegnałam każdy moment zwątpienia, odzyskiwałam siły i pozwalałam swojemu ciału zrobić to, co do niego należało. Ostatnie kilkanaście minut czułam się jak w transie, a moment, gdy poczułam i zobaczyłam naszą córeczkę był (i wciąż jest) NIE DO OPISANIA. Nawet najbardziej twarda osoba wymięka w obliczu takiego cudu - łzy się leją, a wzruszenie odbiera mowę. A później dopada taka adrenalina, która trzyma długo i nie pozwala zasnąć, i miesza się z radością, szczęściem, energią, niedowierzaniem, dumą i myślą, że mogłabym zrobić to znowu...

Jesteśmy zatem w naszym bezpiecznym domu od początku, odpoczywamy w moim wygodnym łóżku, pod całodobową opieką Waldiego oraz codzienną obserwacją i pomocą położnej. Mamy się bardzo dobrze i sprawnie, a teraz spokojnie wracamy do formy. Czy mogło być lepiej? :-)

8 komentarze:

ambiguity pisze...

pięknie - szkoda że ja nie mam takich wspomnień z porodu

anieska pisze...

To piękne, wzruszyłam się opisem Twojego porodu. Moja kuzynka też rodziła w domu, ale tak pięknie tego nie opisała.

ZEZUZULLA pisze...

Mimo mojego wielogodzinnego maratony również, bez dwóch zdań, bardzo dobrze wspominam poród. A gdy jakiś czas później wróciłam na oddział położniczy, poczułam się jak w domu- co mnie sama zaskoczyło:)

Marta Be pisze...

ja z mojego porodu pamietam jedynie tyle metaficznosci: bylam otepiala z bolu. nie mialam sil, aby pchac. chcialam zeby bylo po wszystkim.

Anonimowy pisze...

Witaj,dziękuję,że dołączyłaś ;-D. Musisz wybrać gadżet o nazwie"zdjecie".

Anonimowy pisze...

Piękny poród! Mnie również marzył się i marzy nadal marzy,poród w domu:)

sananhan pisze...

ja też chciałam, ale nie było nas stać... cudownie się czyta takie historie:)

Mimi pisze...

Ja mimo że rodziłam w szpitalu również mam dobre wspomnienia (rodziłam w Niemczech). Było kameralnie- oprócz mnie i męża na sali była lekarka, położna i studenka, na którą wyraziłam zgodę. Była relaksacyjna kąpiel, chill-out-owa muzyka, gwiazdki na suficie, piłka i zmiany pozycji i miejsca wedle życzenia:) Po porodzie nie zabrano nam Małego, został z nami i mogliśmy się Nim nacieszyć do woli:) Pozdrawiam

Prześlij komentarz

 

Matczyne JĘCZYBULSTWO Copyright © 2011 Design by Ipietoon Blogger Template | web hosting